
Lekarze nie chcą pracować w komisjach dokonujących kwalifikacji wojskowej, mimo że obliguje ich do tego prawo. Niemal w ostatniej chwili 16 stycznia premier podpisał rozporządzenie, w myśl którego w komisji lekarskiej oceniającej stan zdrowia zamiast trzech zasiadać ma tylko jeden lekarz. I zgodnie z przewidywaniami zajmujących się tym urzędników powiatowych, od razu zaczęły się problemy. Część powiatów, na przykład leszczyński, zdążyło już skompletować komisje według starych zasad. To jednak najmniejszy kłopot, z jakim muszą się zmierzyć.
Proszą, błagają i nic
Rozporządzenie o organizacji kwalifikacji wojskowej zostało podpisane tak późno, że niektóre powiaty przygotowania do jej przeprowadzenia musiały rozpoczynać od początku. Tymczasem czas nagli, bo zadanie trzeba wykonać pomiędzy 6 lutego, a końcem kwietnia. Nie to jest jednak największym problemem, ale brak chętnych do pracy w komisji lekarskiej.
– Wiedząc, że niedługo wejdzie w życie nowe rozporządzenie, od początku szukaliśmy chętnych do pracy w komisji złożonej z jednego lekarza, pielęgniarki i sekretarza. Wysłaliśmy pisma do 24 publicznych i prywatnych przychodni. Odpowiedziało osiem, ale tylko jedna pozytywnie. Kiedy jednak lekarz usłyszał, ile dni będzie trwała kwalifikacja, ile osób będzie musiał w tym czasie przyjąć oraz jakie otrzyma za to wynagrodzenie, zrezygnował. Tymczasem w myśl prawa, lekarze są do tego zobowiązani – mówi Maria Olejniczak z kościańskiego starostwa. – Ostatecznie, tylko dzięki dobrej współpracy ze szpitalem, ustaliliśmy, że kilku lekarzy będzie pracować na zmianę.
– Było bardzo trudno – przyznaje Robert Kozal, ze starostwa w Rawiczu. – Wysłaliśmy zapytania do wszystkich działających w powiecie przychodni, nikt się początkowo nie zgodził. Na szczęście staroście udało się przekonać do współpracy jedną przychodnię. Znaleźliśmy lekarza, który przeprowadzi kwalifikację i drugiego, który w razie potrzeby go zastąpi.
Podobne problemy mają wszystkie powiaty w regionie.
Gdzie te oszczędności?
Udział w takiej komisji to dla lekarzy żaden biznes, a teraz, gdy muszą pracować w pojedynkę, jeszcze mniej się im to opłaca. Stawka za dzień wynosi 200 zł. W tym czasie trzeba przebadać od 20 do 45 osób. W większych powiatach naszego regionu kwalifikacji wojskowej podlega nawet ponad 500 mężczyzn, a to oznacza cały miesiąc pracy.
– Dla większości przeciętnych obywateli 200 zł dziennie to bardzo dużo, ale nie dla lekarzy. W porównaniu ze stawkami w prywatnych gabinetach i tym, co płaci im NFZ, to bardzo niewiele. Tymczasem praca w komisji oznacza konieczność ograniczenia innej działalności zawodowej – wyjaśnia przyczyny problemów Marian Radecki ze starostwa powiatowego w Gostyniu.
Urzędnicy z wielkopolskich powiatów jeszcze przed wejściem rozporządzenia w życie wysłali pismo do wojewody oraz Związku Powiatów Polskich, bo ich zdaniem wprowadzone przez rząd zmiany nie mają sensu i nie chodzi tylko o to, że utrudniają im pracę.
– Powodem zmian są podobno oszczędności, ja jednak ich nie widzę – przyznaje Maria Olejniczak. – Co z tego, że państwo zapłaci tylko jednemu lekarzowi, skoro będzie on musiał pracować dłużej? Dodatkowym kosztem jest też wynajęcie sali, którą również trzeba będzie zarezerwować na więcej dni.
Co na to lekarze?
Przedstawiciele środowiska lekarskiego potwierdzają, że głównym powodem niechęci do pracy w komisji są finanse.
– Podobnie jak w przypadku pracy w charakterze biegłego sądowego wymaga to sporo czasu i zaangażowania, a wynagrodzenie jest niewielkie – mówi Przemysław Kozanecki, przewodniczący leszczyńskiej delegatury Wielkopolskiej Izby Lekarskiej.
Zdaniem lekarzy nie tylko o pieniądze jednak chodzi, ale również o jednoosobową odpowiedzialność.
– Mam wrażenie, że decydenci na szczeblu rządowym kompletnie zatracili styczność z rzeczywistością. Obecne kłopoty są pokłosiem m.in. likwidacji medycznej akademii wojskowej. Lekarzy jest po prostu za mało, a ci którzy są, wymagają odpowiedniego wynagrodzenia za swą wiedzę i umiejętności. To nic innego, jak prawa wolnej konkurencji. Do tego dochodzi jeszcze odpowiedzialność, w tym przypadku jednoosobowa – uważa Krzysztof Kordel, prezes okręgowej rady lekarskiej w Poznaniu.
Anna Szklarska-Meller
Dodaj artykuł do: