Z regionu
| PKP da pracę 200 osobom (wideo) (Leszno) |
| Zostań dawcą szpiku! (Leszno) |
| Nowak: mieszkańcy byli bierni (wideo) (Leszno) |
| Zbyt mała frekwencja (Leszno) |
| Wpadł w furię i zaczął demolować (Gostyń) |
| Tłumy w muzeum (galeria) (Leszno) |
| Oferował 2 tys. zł łapówki (Wschowa) |
| Bez funduszu soleckiego (Góra) |
| Prezydent znów z absolutorium (Leszno) |
| Wyłowiono zwłoki z Obry (Kościan) |
Komentarze
| Mamy przechlapane |
| Za zaborow Pruskich, Rosyjskich i Austriackich w 19 wieku miliony Polakow uciekalo z Polski do Ameryki aby tam byc wolnym i zyc w miare dobrze..rozum... |
| Więcej... |
| Tragedia w Kościanie (galeria) |
| A mi się wyświetla zawsze takie coś przy dodawaniu komentarza: "Jeżeli nie będzie odnosił się do tematu zostanie usunięty." Więc może te powyżej zosta... |
| Więcej... |
| Tragedia w Kościanie (galeria) |
| Skąd się biorą tacy ludzie? Nieważne o czym artykuł ten musi o PISie wypisywać. Tragedia się zdarzyła, uszanuj to i milcz psycholu! |
| Więcej... |
| Reportaż |
|
|
| Pokażę wam cud! | ||
| 04.02.2012. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
Chiger! Chiger! Idźcie na górę! (…) Jesteście wolni! – te słowa Leopold Socha wykrzyczał do studzienki kanalizacyjnej 27 lipca 1944 roku we Lwowie. Po czternastu miesiącach spędzonych pod ziemią grupa dziesięciu ocalałych Żydów opuściła swoją kryjówkę. Przeżyli dzięki Leopoldowi Sosze i dwóm innym kanalarzom: Stefanowi Wróblewskiemu i Jerzemu Kowalowowi. Opiekowali się nimi, dostarczając żywność, leki oraz podtrzymując w nich nadzieję, że wojenny koszmar kiedyś dobiegnie końca. Prawnuczka bohatera tych wydarzeń – Anna Drozdowska, mieszka w Lesznie. W piątek 27 stycznia poznała we Wschowie Tadeusza Telickiego, który był naocznym świadkiem wyprowadzenia ocalałych Żydów z lwowskich kanałów.
Ostatni świadkowie Wśród świadków tamtych wydarzeń przy życiu pozostało dziś prawdopodobnie tylko dwoje. Krystyna Chiger opisała z perspektywy ośmiolatki swoją dramatyczną historię w książce „Dziewczynka w zielonym sweterku”. Natomiast Tadeusz Telicki, dziś mieszkaniec Wschowy, 27 lipca 1944 roku we Lwowie spotkał Leopolda Sochę, gdy wyprowadzał Żydów z kanału. Po 68 latach Telicki ze łzami w oczach opowiedział Annie Drozdowskiej – od dziesięciu lat mieszkającej w Lesznie prawnuczce Leopolda Sochy – o lwowskim cudzie. Telicki i Drozdowska żyli w odległości osiemnastu kilometrów od siebie, nieświadomi swojego istnienia. Dopiero nominowany do Oscara film Agnieszki Holland „W ciemności” (którego scenariusz powstał na motywach książki Roberta Marshalla „W kanałąch Lwowa”) wywołał lawinę zdarzeń, które doprowadziły do emocjonującego spotkania tych dwojga… Socha oczami Telickiego Po czternastu miesiącach walki o przetrwanie swoich podopiecznych, w drodze do ich uwolnienia Socha spotkał przypadkowego człowieka – Tadeusza Telickiego, który trafił do Lwowa uciekając z transportu do obozu koncentracyjnego. Pan Tadeusz, po kilkudniowych walkach Armii Czerwonej z niemieckim okupantem na ulicach Lwowa, właśnie opuścił piwniczny bunkier. – Patrzę, idzie jakiś człowiek chodnikiem, w roboczym ubraniu. Dochodzi do nas i mówi: „Chodzicie, pokażę wam cud!” – wspomina wschowianin Tadeusz Telicki. – I wchodzi na to podwórze, na Placu Bernardyńskim. Miał taki drut zagięty na dole, podszedł do kanału, postukał raz, drugi i odsunął dekiel. My zdziwieni, co to będzie za cud, a tu wychodzi człowiek jeden, drugi… Szok! Od razu zorientowałem się, że to Żydzi. Telicki lwowski cud opisał w 1997 roku we wspomnieniach „Dalekie lata”, będących jego autobiografią. Kiedy w telewizji zobaczył reklamę filmu Agnieszki Holland „ W ciemności”, od razu skojarzył tamto lipcowe wydarzenie. – Przeżyłem to bardzo mocno i narodziła się we mnie chęć, żeby wykrzyczeć na cały świat, że ja tam byłem, ja to widziałem! – mówi dziś wzruszony Telicki.
Tym sposobem dowiedziała się o nim Anna Drozdowska, prawnuczka Sochy, dlatego postanowiła go osobiście poznać. Piątkowe spotkanie z Tadeuszem Telickim było wzruszające. Los potrafi pisać przedziwne scenariusze. Gdyby nie powstała książka, scenariusz i ostatecznie film, Tadeusz i Anna pozostaliby dla siebie bezimienni. Socha oczami ocalałej Krysi Dla małej żydowskiej dziewczynki Krysi Chiger Leopold Socha był bohaterem. Zaufała mu już w chwili, gdy jej ojciec Ignacy, wraz z grupą mężczyzn, robił w getcie podkop z piwnicy do kanałów. – Wystarczyło mi jedno spojrzenie na twarz tego mężczyzny, na jego ciepłe, piękne oczy i nie mogłam się go bać. Zastanawiałam się tylko, kto to jest? Socha zauważył moją mamę, przytulającą nas mocno niczym kwoka chowająca pisklęta pod skrzydłami, i się uśmiechnął. Potem przyznał, że w tym właśnie momencie zdecydował, że nam pomoże, a mamę odtąd nazywał: „Kania z pisklętami”. Tak rozpoczął się niebezpieczny związek, który nie tylko miał uratować nasze życie, ale również, jak wierzył Leopold Socha, uratować jego duszę – napisała w swojej książce Krystyna Chiger. Odtąd życie rodziny Chigerów i pozostałej grupy uciekinierów z likwidowanego getta we Lwowie spoczęło w rękach Leopolda. Nawet jeśli ktoś miał wątpliwości, czy Socha rzeczywiście im pomoże, mała Krysia nie miała ich nigdy. – To prawda, byłam jedynie dzieckiem, ale też dobrym sędzią ludzkich charakterów i polubiłam Sochę tak bardzo, iż nie mogłam doczekać się jego wizyt. (…) Sam miał córkę, jak nam powiedział, miała na imię Stefcia. Była mniej więcej dwa lata starsza ode mnie. Powiedział nam, że lubi dzieci – pisze Krystyna Chiger w „Dziewczynce w zielonym sweterku”. To właśnie Socha wyrwał ją z objęć śmierci, gdy w cuchnących i pełnych szczurów kanałach poddało się nie tylko jej ciało, ale i dusza. Kiedy kilkulatce odechciało się jeść, mówić, płakać i trwać, Poldek Socha wziął ją w objęcia i wąską szczeliną w kanale pokazał, jak wygląda życie na powierzchni. Obiecał, że niebawem i ona pobawi się w promieniach słońca z innymi dziećmi. Słowa dotrzymał. Socha oczami wnuczki Ewy W rodzinie Sochów opowieść o ocaleniu Żydów nie była przekazywana z pokolenia na pokolenie z entuzjazmem. Jeszcze wiele lat po wojnie okrywała ją mgła tajemnicy. – O takich sprawach raczej się milczało. Z początku moja babcia – Magdalena Wanda Socha bała się mówić, tym bardziej, że dziadek Leopold podczas okupacji działał w antykomunistycznym podziemiu. Moja mama Stefania, córka Leopolda, nosiła mu meldunki do lasu. „Po co chcesz to wiedzieć?” – wzdychała babcia, gdy pytałam ją o ich wojenne losy. Zresztą, kiedy po wojnie dziadek Poldek zginął pod kołami ciężarówki, babcia wciąż powtarzała, że został zamordowany, że to zemsta Rosjan – opowiada Ewa Węgrzyn, wnuczka Leopolda Sochy. Niedługo po wyzwoleniu Lwowa przez Armię Czerwoną Socha wraz z żoną Magdaleną i córką Stefanią (matką Ewy Węgrzyn) przeprowadził się z Lwowa do Gliwic. Tam zdołał zrealizować swoje największe marzenie i otworzył „Bar Lwowski”, na który – jak podaje w swojej książce Marshall – złożyli się ocaleni przez Sochę Żydzi. Niestety, nie dane mu było długo cieszyć się nowym życiem. Zginął w maju 1946 roku. Wraz z córką jechali rowerami, gdy uderzyła w nich rozpędzona ciężarówka prowadzona przez pijanego rosyjskiego żołnierza. Socha zdołał odepchnąć Stefcię, a sam poniósł śmierć na miejscu. – Po śmierci mojej babci, a potem mamy towarzyszyły mi zbyt silne emocje, by przeglądać rodzinne archiwa. Dopiero po przeczytaniu „Dziewczynki w zielonym sweterku” postanowiłam do nich zajrzeć. Wówczas wszystko ułożyło się w klarowną całość. Kiedy w jednym z programów telewizyjnych pojawiła się Krystyna Chiger, postanowiłam do niej dotrzeć. Udało nam się porozmawiać tylko przez telefon, bo właśnie wylatywała z powrotem do Stanów. To była wzruszająca rozmowa – relacjonuje Ewa Węgrzyn. Socha oczami prawnuczki Anny W maju 2002 roku Anna Drozdowska, córka Ewy Węgrzyn i prawnuczka Leopolda Sochy, odwiedziła Lwów. Doskonale znała już historię ocalałych Żydów, bo zafascynowana tematem wielokrotnie prosiła prababcię i babcię o podzielenie się wspomnieniami. W końcu postanowiła podążyć śladami pradziadka. Odwiedziła kamienicę, w której Socha mieszkał przed wojną, dziś bardzo zrujnowaną. – Nie udało mi się zlokalizować tego podwórka, na którym wydarzył się cud. Babcia nie potrafiła mnie dobrze pokierować. Zresztą się nie dziwię, sama była wtedy małą dziewczynką. To pradziadek odwiedzał swoich żydowskich podopiecznych przez 14 miesięcy, to on odsunął pamiętny właz – opowiada Anna Drozdowska, prawnuczka Sochy. Jednak Magdalena Socha – co podkreśla jej prawnuczka Anna – też miała swój wkład w ratowanie Żydów, mimo że początkowo była wściekła. Miała ku temu swoje powody: drżała o bezpieczeństwo własnego dziecka. Socha był jednak nieugięty i żona w końcu wzięła udział w jego humanitarnej misji. Prała zielony sweterek Krysi i odzież pozostałych, robiła dla nich zakupy. Aby nikt nie zorientował się w ilości pożywienia, które kupowała, musiała biegać po całym mieście. – Pradziadek wyglądał zupełnie inaczej niż grający jego postać w filmie Robert Więckiewicz. Za to Kinga Preis w roli mojej prababci bardzo ją przypomina. Magdalena taka właśnie była: konkretna, zahartowana, silna kobieta, zarówno z wyglądu, jak i charakteru – relacjonuje Anna Drozdowska. – Po śmierci pradziadka nie straciła kontaktu z ocalałymi. Śledziła m.in. losy Klary i Mundka Margulies, a ja osobiście poznałam Davida, syna ocalałej Haliny Wind. Wkład Magdaleny Sochy, w porównaniu do tego, co robił jej mąż, był może nieznaczny, ale dla małej Krysi Chiger czyste ubrania miały kolosalne znaczenie. Co się stało z pieniędzmi? 500 zł dziennie, czyli pięciokrotność średniej tygodniówki polskiego robotnika, płacili kanalarzom za swoje utrzymanie uciekinierzy z getta. Kiedy pieniądze się skończyły, Socha płacił kolegom – kanalarzom z własnej kieszeni, by nie wydali ukrywających się Niemcom. Dla niego Żydzi przestali być ciężarem, stali się przyjaciółmi, a ich uratowanie – jego misją. Tym właśnie odkupił swoją niechlubną przedwojenną przeszłość. Miał na koncie m.in. napad na bank i kilka odsiedzianych wyroków za drobne kradzieże. Historia, jaką przeżył w kanałach, zmieniła go. To, co zostało rodzinie Sochów z żydowskiego majątku odebrali wdowie po Leopoldzie komuniści. W maju 1952r. Sochowej zarekwirowano: pięć dolarów USA, dwie złote 20-dolarówki, jedną złotą 15-rublówkę i cztery złote 10-rublówki. – Prababkę ukarano grzywną w wysokości tysiąca złotych, a gdyby jej nie zapłaciła, groził jej miesiąc w obozie pracy – dodaje Anna.
* * *
Tym razem ta losowo wybrana kolejność wydarzeń pozwoliła prawnuczce Sochy z ust naocznego świadka usłyszeć o czynach, jakich dokonał Leopold. Po raz kolejny Anna utwierdziła się w przekonaniu, że ma powody czuć dumę z własnych korzeni. KAROLINA BODZIŃSKA
Napisz komentarz
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|



Chiger! Chiger! Idźcie na górę! (…) Jesteście wolni! – te słowa Leopold Socha wykrzyczał do studzienki kanalizacyjnej 27 lipca 1944 roku we Lwowie. Po czternastu miesiącach spędzonych pod ziemią grupa dziesięciu ocalałych Żydów opuściła swoją kryjówkę. Przeżyli dzięki Leopoldowi Sosze i dwóm innym kanalarzom: Stefanowi Wróblewskiemu i Jerzemu Kowalowowi. Opiekowali się nimi, dostarczając żywność, leki oraz podtrzymując w nich nadzieję, że wojenny koszmar kiedyś dobiegnie końca. Prawnuczka bohatera tych wydarzeń – Anna Drozdowska, mieszka w Lesznie. W piątek 27 stycznia poznała we Wschowie Tadeusza Telickiego, który był naocznym świadkiem wyprowadzenia ocalałych Żydów z lwowskich kanałów.
– Przeżyłem to bardzo mocno i narodziła się we mnie chęć, żeby wykrzyczeć na cały świat, że ja tam byłem, ja to widziałem! – mówi dziś wzruszony Telicki.













