
Każdy z tych epizodów, wzbogacony o relacje świadków, mógłby stanowić fabułę sensacyjnego filmu. Leszno, 1945 rok, 26 lipca (czwartek). Około południa dzieci w krzakach pod Gronowem znajdują ciało kaprala Wojska Polskiego. Dzień następny – 27 lipca (piątek). Rankiem w szpitalu – z odniesionych ran – umiera referent gminny UB Edward (Jan) K. Sierpień pod tym względem też nie jest łaskawszy. W niedzielę (5 VIII) pod Tarnową Łąką dochodzi do strzelaniny między żołnierzami rosyjskimi a funkcjonariuszami UB, natomiast w sobotę (11 VIII) w fabryce lnu rany odnosi dozorca Szczepan Czołgosz, który ma odwagę stanąć w obronie czci niemieckich pracownic, napastowanych przez żołnierzy Armii Czerwonej.
Śmierć kaprala WP
26 lipca 1945 roku dzieci bawiące się w zagajniku pod Gronowem, blisko tak zwanego głazu Napoleona, znalazły ciało żołnierza w mundurze, z naszywkami kaprala. Z raportu „bezpieki” z 29 VII:
„W dniu 26 lipca br. o godz. 11-tej odnaleziono zwłoki pod Gronowem pow. Leszno, ukryte w krzakach, kaprala Wojska Polskiego. Zamordowany jest w wieku 25-35 lat. Po dokonaniu sekcji zwłok, ustalono, że trup leżał od 2 do 3 dni. Kieszenie munduru były powywracane, dokumentów brak. Śledztwo trwa”.
Gdyby to się stało pół roku później, to – bez wątpienia – zbrodnię przypisano by „bandytom z Narodowych Sił Zbrojnych i Armii Krajowej”. Ale wtedy nie było jeszcze w tej części Wielkopolski takich wytycznych i zastępca kierownika PUBP w Lesznie chor. Adam Grzejda rozpoczął śledztwo. Trwało i trwało, ale niczego nie wyjaśniło. Akta sprawy zniszczono. Do dzisiaj nie wiadomo kim był ów kapral i dlaczego zginął? Nie jest wykluczone, że owe dzieci spod Gronowa żyją i mogą wnieść więcej szczegółów.
„To był wypadek”
Wokół sprawy zabójstwa gminnego referenta UB Edwarda K., zmarłego 27 lipca 1945 roku, narosło wiele podejrzeń. Znaleziono go w Lesznie rzekomo na ulicy. Nie dawał oznak życia, był nieprzytomny – ktoś go postrzelił. Podejrzenie padło na nadleśniczego Szczerbińskiego z Dąbcza, który – według informacji agentury – montował w Rydzynie podziemną komórkę Armii Krajowej. Jednak nadleśniczy miał żelazne alibi i na dodatek referent gminny przed śmiercią odzyskał świadomość. Wyszło wtedy na jaw, że postrzelił go kolega.
Z raportu bezpieki z 4 VIII 1945 roku:
„Prowadzone jest śledztwo przeciwko pracownikowi ochrony Powiatowego Urzędy Bezpieczeństwa Publicznego Witoldowi B., który wskutek nieostrożności postrzelił ciężko ochronnika UB K. Edwarda. Wypadek miał miejsce 15 VI 1945 roku, a ranny zmarł 27 VII 1945 roku”.
Szczerbińskiemu i tak nie odpuszczono, bo w tymże raporcie odnotowano:
„Według doniesień agentury Szczerbiński, nadleśniczy z Dąbcza, przeciwnik Rządu Demokratycznego jest w kontakcie z 16 osobami z Rydzyny. Spis danych osób jest w moim posiadaniu. Przytaczam rozmowę przeprowadzoną przez syna jednego z podejrzanych z naszym informatorem: Zapytany, dlaczego nie pracuje, odpowiedział – My obecnie uczymy się, a gdy przyjdzie Rząd Londyński, to obecnych zdegradujemy. Wymienieni pozostają pod obserwacją naszej agentury”.
Pomyłka „Kojota”
Zaczęło się tak. Rankiem w niedzielę, 5 sierpnia 1945 roku tajny informator z Rydzyny o pseudonimie „Kojot” telefonicznie powiadomił leszczyńską bezpiekę, że w lesie pod Tarnową Łąką grasuje banda „wilkołaków” to jest niedobitków z Wehrmachtu i terroryzuje miejscową ludność. Aby sprawdzić informację, szef PUBP, jego zastępca i sekretarz urzędu wybrali się na zwiad. Nie zdawali sobie sprawy z tego, że zdarzenie, w którym biorą udział, zakończy ubowską karierę szefa i jeszcze kilku innych pracowników. W każdym razie kierownik PUBP cztery dni później w specjalnym raporcie tak tłumaczył się swoim przełożonym w Poznaniu:
„5 sierpnia 1945 roku na konkretne doniesienie agentury, że w lesie koło Tarnowej Łąki ukrywają się dezerterzy Armii Niemieckiej, wyjechałem z zastępcą i sekretarzem w celu sprawdzenia doniesienia (…). Po zatrzymaniu się w miejscu wskazanym, usłyszałem kilkakrotne wystrzały, wysyłając natychmiast szofera po dwóch automatczyków oraz sowieckich żołnierzy (przydzielonych do współpracy z leszczyńskim UB – dop. J.Z.). Na drodze powrotnej szofer PUBP został zatrzymany przez dwóch oficerów rosyjskich, którzy zażądali dokumenty (…) własności maszyny. Na wszelkie okazanie dokumentów jeden z wymienionych, nie sprawdzając ich, schował je do kieszeni. Nie reagując na dokumenty, chcieli przemocą zabrać maszynę. Szofer, widząc, że jeden z oficerów rosyjskich puszcza maszynę w ruch, krzyknął trzykrotnie: – Opuść maszynę, będę strzelał! Nie zwracając uwagi na wezwanie szofera, maszyna ruszyła. Widząc to szofer strzelił w górę. Jeden z radzieckich oficerów wyciągnął pistolet i celował w kierunku szofera, ten w obronie maszyny i własnego życia oddał trzy strzały w kierunku oficera raniąc go, który po chwili zmarł. Po wypadku nadbiegło kilku żołnierzy rosyjskich, którzy ciężko pobili szofera, który znajduje się w szpitalu. Lekarz stwierdził ciężkie obrażenia ciała oraz złamanie kości łokciowej (…)”.
Rozpoczęto śledztwo, które przejęła poznańska bezpieka. Trwało ono trzy miesiące. W jego toku ustalono, że szoferem, który bronił samochodu i własnego życia, był Mieczysław Gałecki z Leszna. W rezultacie – z Bożej łaski agenta – „Kojota” aresztowano, wykreślono z listy informatorów, ale po jakimś czasie go zwolniono. Potem wyprowadził się z gminy Rydzyna na tak zwane Ziemie Zachodnie. Za to szefa leszczyńskiej bezpieki zdymisjonowano krótko przed Świętem Zmarłych. Jaki był los szofera – nie wiadomo. Afera ta spowodowała duże zmiany w składzie personalnym UB w Lesznie. Akta sprawy zniszczono.
Jedna noc Czołgosza
Szczepan Czołgosz – dozorca z Leszna – był człowiekiem poczciwym. Lubiano go powszechnie. Zawsze uśmiechnięty, życzliwy i pomocny ludziom. Przy tym był skromny – z gatunku tych, co to nie wypinają piersi do orderów. 11 sierpnia 1945 roku (sobota) pełnił nocną służbę w Państwowej Roszarni Lnu. Około godz. 23-iej wpadły do fabryki niemieckie dziewczęta z krzykiem, że jacyś żołnierze chcą je zgwałcić i schowały się w kotłowni. Kilka minut później pojawili się napastnicy.
Z raportu UB z 16 sierpnia 1945 roku:
„11 sierpnia br. o godz. 23-iej przybyło na teren fabryki Państwowej Roszarnia Lnu trzech żołnierzy Armii Czerwonej, którzy usiłowali dostać się przemocą do kotłowni, w której schroniły się trzy kobiety, Niemki, robotnice (…) fabryki roszarni. Jedna z nich, nie chcąc wpuścić żołnierzy, wezwała stróża na pomoc. W tym momencie jeden z żołnierzy z odległości jednego metra oddał dwa strzały, raniąc śmiertelnie wymienioną Niemkę. Dozorca nocny Czołgosz Szczepan, który pełnił służbę podbiegł do telefonu, aby wezwać Milicję na pomoc. W toku rozmowy telefonicznej oddano do niego dwa strzały, które raniły go ciężko. Rannego przewieziono do szpitala, Śledztwo w toku”.
I znów muszę się powtórzyć: akta tej sprawy zniszczono, a przecież chcielibyśmy wiedzieć – jakie były wyniki śledztwa i jakie były dalsze losy dozorcy, który wtedy – w ekstremalnej sytuacji – zachował się jak człowiek.
Liczę – jak zwykle – na pomoc Czytelników „PL”. Mój e-mail:
Ten adres e-mail jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
JERZY ZIELONKA
Dodaj artykuł do: