
Do redakcji nadszedł długi, wzruszający list. Pani Agnieszka z Lipna sugestywnie opisuje w nim horror, jaki razem z dzieckiem przeżyła na oddziale chirurgii dziecięcej w Gostyniu. Po szpitalnych przeżyciach 2,5-letnia dziewczynka jeszcze po kilku tygodniach budzi się w nocy z płaczem. Ordynator oddziału Włodzimierz Krzewiński najpierw udzielił mi osobiście ponadgodzinnego wywiadu, po czym zabronił jego publikacji. W przesłanej nam pisemnej odpowiedzi stwierdza, że... nie można oceniać jego oddziału po spędzeniu na nim jednej nocy. Ile tych nocy trzeba tam przesiedzieć na taborecie, aby być obiektywnym – nie podaje.
Zdrętwiałe, obolałe i niewyspane
Mała Joasia bawiła się w pokoju na plastikowej zjeżdżalni. Nagle podwinęła jej się nóżka i dziewczynka upadła.
– Na czole pojawił się duży guz – opowiada mama, pani Agnieszka. – Ponieważ za godzinę córeczka miała mieć szczepienie, od razu pojechałyśmy do lekarza rodzinnego. Lekarz skierował nas do leszczyńskiego szpitala na oddział ratowniczy.
Małej wykonano zdjęcie rentgenowskie główki. Lekarz nie stwierdził pęknięcia czaszki, ale zalecił obserwację na specjalistycznym oddziale chirurgii dziecięcej. Najbliższy był w Gostyniu. Mama i córeczka pojechały tam karetką.
– I tu wszystko się zaczęło – opowiada stroskana, ale i zbulwersowana mama. – Dostałyśmy czwarte łóżko w pokoju, w którym było już troje dzieci. Razem było nas tam ośmioro. Dzieci leżały na łóżkach, a ich mamy mogły siedzieć na taborecikach bez oparcia. Czuwały tak całą noc, zdrętwiałe, obolałe i niewyspane.
Pani Agnieszka zabrała ze sobą krzesełko turystyczne. Bez zgody ordynatora nie wolno. Ordynatora nie ma. Trzeba czekać, potem pytać, ordynator się zgadza.
– Ale inne matki siedziały struchlałe na tych taborecikach. Jedna z nich, spod Rawicza, opiekowała się dzieckiem sama. Nie miał kto jej zmienić, więc tak siedziała – dzień i noc. Dodatkowo łóżka są bez zabezpieczeń po bokach, co narażało córkę na kolejny upadek. Więc z jednej strony podparłam stolikiem szpitalnym, a z drugiej własnym ciałem.
Kolejny szok przeżyła pani Agnieszka przy próbach założenia dziecku wenflonu.
– Pielęgniarka poprosiła mnie, abym zaniosła córkę do gabinetu zabiegowego. Chciałam zostać z dzieckiem, ale siostra zaczęła tłumaczyć, że mamy różnie reagują, czasem mdleją. Zapewniłam, że znam moje dziecko i nie będzie problemu. Kazano mi jednak zostać za drzwiami, obiecując, że w razie czego będę zawołana. Po chwili rozległ się rozpaczliwy krzyk dziecka. Odczekałam dwie minuty i stanowczo weszłam do środka. Kiedy jedna z sióstr wkłuwała igłę, druga prawie leżała na mojej córce, krępując jej nóżki i rączki. Kiedy mnie zobaczyły, jedna wrzasnęła: ,,Proszę wyjść! Przecież pani nie wołałyśmy!”.
Pani Agnieszka postanowiła w mgnieniu oka, że nie pozwoli zafundować dziecku tego typu traumy.
– Widziałam, że pielęgniarka próbowała wkuć się w dłonie małej, widziałam ślady igły. Powiedziałem, że ma spróbować w zgięciu rączki, na co ona z kolei, że na pewno dziecko będzie zginać rączkę i może zablokować podawanie kroplówki. Wytłumaczyłam, że kiedy się coś dziecku wytłumaczy, to na pewno posłucha. I tak właśnie się stało. Nie było problemów, z wyjątkiem tych psychicznych. Mała tuliła się z płaczem i powtarzała ,,Mamo, nie odchodź!”.
Jako drobiazg można potraktować przy tym to, że dziecko, które zjadło w tym dniu tylko śniadanie, nie dostało kolacji. Matka prosiła o kolację odpłatną. Nie dostała żadna z nich. Mamie nie podano nawet śniadania. Kolejna odsłona szpitalnego dramatu miała miejsce podczas obchodu lekarskiego.
– Do sali weszli lekarze z pielęgniarkami, a mamy wyproszono na korytarz. Gdy powiedziałam, że chciałabym być przy dziecku, ordynator zniecierpliwionym tonem powiedział: ,,Dziecko nie będzie płakało, proszę wyjść”. Po kilkunastu sekundach siostra, ta od wenflonu, przyniosła na rękach córkę zanosząca się od płaczu. Gdy lekarze opuścili salę, mamy weszły i zastały taki widok. Wszystkie dzieci płakały w swoich łóżkach: 4-letni chłopczyk po zabiegu i dwie sześcioletnie dziewczynki.
Pani Agnieszka pyta oburzona:
– Przecież jest naukowo udowodnione, że dzieci szybciej wracają do zdrowia w obecności rodziców. Dlaczego lekarze, którzy powinni mieć na celu dobro dziecka, fundują im psychiczną traumę!? Moja córka po pobycie w gostyńskim szpitalu każdej nocy budzi się z płaczem. Trzeba ją tulić na rękach. Ponownie zasypia tylko trzymając mnie za rękę, co nigdy wcześniej się nie zdarzało.
Tylko niech pani tego nie pisze!
Umawiam się na rozmowę z ordynatorem Włodzimierzem Krzewińskim. Akurat jest obchód. Na klatce schodowej gęstnieje tłum ludzi. Tylko dwie – trzy osoby zmieszczą się na małej ławeczce. Podchodzę do dwóch stojących kobiet. To matki. Kazano im wyjść. Jak tu właściwie jest, na tym oddziale? Jak traktują dzieci? Jak rodziców? Kobiety patrzą na mnie ze strachem w oczach. W końcu jedna zaczyna:
– Ja bym pani dużo opowiedziała. Postępowanie personelu pozostawia wiele do życzenia. Ale niech pani tego nie pisze. Boję się o dziecko. Przecież musimy być cicho, bo to jedyny taki oddział w okolicy.
Rozmowa z ordynatorem. Na korytarzu, bo pan doktor nie używa gabinetu do rozmów z dziennikarzami, tak jak i nie wpuszcza do niego rodziców. Żeby nie było podejrzeń, jak wyjaśnia. Przedstawiam sytuację, zadaję dociekliwe pytania. Dlaczego taborety? Dlaczego wkuwanie wenflonu bez rodziców? Dlaczego rodzice nawet nie w korytarzu, a na klatce schodowej? Dyrektor neguje kolejne zarzuty. Przecież powinnam go rozumieć. Przecież wykonał tyle zabiegów. Przecież powinnam pamiętać, jak pomagałam walczyć o utrzymanie zagrożonego oddziału. No dobrze, ale tu nikt nie stawia zarzutów o fachowość lekarza. Raczej o znieczulicę i przedmiotowe traktowanie. O stawianie wyżej ustanowionych tutaj własnych procedur niż dobra dzieci. O brak wrażliwości, o dobro pacjenta, które rzekomo leży na sercu gostyńskiemu szpitalowi. Czy mogę użyć cytatów z rozmowy? Tak, po autoryzacji. Za chwilę zmienia zdanie. Słyszę zdecydowane: nie! Bo do kontaktów z prasą jest wicedyrektor. To po co ta półtoragodzinna rozmowa? Czy ordynator sam nie zna szpitalnych procedur, czy cierpi na nadmiar wolnego czasu?
Odpowiedź po dwóch tygodniach
Otrzymujemy odpowiedź na piśmie. Nie ma słowa „przepraszam”. Nie było żadnego błędu ani zaniedbania. Ordynator broni się przez… atak. Na matkę.
– Pani Agnieszka ocenia oddział po jednej nocy, co jest równoznaczne z tym, iż można byłoby ocenić ową Panią po kilku godzinach znajomości, co oczywiście byłoby rzeczą niemożliwą, a co więcej nieobiektywną – pisze ordynator.
Dwuznaczność tego sformułowania poddaje w wątpliwość, czy aby ordynator nie myli spraw zawodowych z prywatnymi. Ile więc nocy trzeba spędzić na oddziale? Czy nie traktuje kobiety przedmiotowo, porównując ją do oddziału? Krzewiński sugeruje, że guz nie był tak duży, jak opisuje matka, co akurat nie ma tutaj nic do rzeczy, a jedynie może sugerować, że lekarz chce z pani Agnieszki zrobić histeryczkę. Ordynator twierdzi też, że na sali nie ma gdzie wstawić krzeseł z oparciami. Ale miejsce na taborety jest... I dalej:
– Podczas wizyty personel medyczny i matki nie mieszczą się w sali. W związku z tym matki są proszone o wyjście na korytarz na kilkanaście sekund. Są proszone, a nie ,,wypraszane”. Większość matek wychodzi sama, rozumiejąc sytuację.
Pan ordynator trochę inaczej to tłumaczył w rozmowie ze mną, której nie pozwolił później opublikować. Widocznie przez dwa tygodnie zmienił zdanie... Ordynator zarzuca też matce bezmyślność.
– Gdyby pomyślała i przywiozła dziecko od razu do szpitala w Gostyniu, byłaby przyjęta w ciągu 10 minut, ale sama zdecydowała o lekarzu rodzinnym, a następnie o oddziale ratunkowym w Lesznie.
Zdaniem ordynatora udzielanie informacji każdej matce osobno przy stoliku na korytarzu nie narusza obowiązującej tajemnicy lekarskiej ani praw dziecka do intymności, dlatego nie informuje się rodziców zbiorowo na salach chorych. Hm..., intymność rozmowy na korytarzu?
Ponieważ pani Agnieszka współczuje matkom, które przebywają w szpitalu na taborecie kilka dni, a nawet tygodni, ordynator prostuje, nie bawiąc się w kurtuazję:
...kilkutygodniowe pobyty dzieci są jej wymysłem, bo takowe nie istnieją.
Czyli „tylko” tydzień na taborecie widocznie mieści się w standardach.
Ręce umyły też pielęgniarki. Według nich wszystko było dobrze. I nieprawda, że powinny podać kolację. Wystarczy, jak poinformują, że... jest firma kateringowa. I niech się matka nie ,,czepia”, bo:
– Na 1600 matek jest jedyną niezadowoloną – podsumowuje ordynator.
(lg)
Dodaj artykuł do: