
W chwili, gdy piszę te słowa, za oknem pada śnieg. Jeśli wierzyć synoptykom, to może być jedyny opad śnieżnego puchu w tym miesiącu. Dlatego mam zgoła szatański pomysł: przyspieszmy święta Bożego Narodzenia choćby o kilka dni, póki jest śnieg.
Albo idźmy w zmianach jeszcze dalej: niech te święta będą ruchome jak
Wielkanoc. Niech odbywają się tylko wtedy, gdy wkoło jest biało. No tak,
ale w tej koncepcji jest jeden minus: nigdy nie będzie tak, że w całym
świecie chrześcijańskim w tym samym terminie spadnie śnieg…
Zdaję sobie sprawę, że tego typu irracjonalnymi pomysłami narażam się na
tzw. święte oburzenie, a w najlepszym przypadku – na kpinę. Mało jednak
kto uświadamia sobie, że termin obchodzenia świąt bożonarodzeniowych
wynika bardziej z tradycji, obyczaju niż z twardych dowodów
historycznych. Właśnie historycy, w tym także katoliccy, np. ks. prof.
dr hab. Mariusz Rosik, teolog i biblista z Papieskiego Wydziału
Teologicznego we Wrocławiu, przyjmują, iż Jezus urodził się w 7-6 roku
…przed Chrystusem. Brzmi jak bluźnierstwo, aczkolwiek wszelkie znaki
na niebie i ziemi wskazują, iż tak mogło być w istocie.
Niestety, żaden z ewangelistów nie podał konkretnego dnia ani roku
narodzin Chrystusa. Ba, ich relacje są w niektórych fragmentach
sprzeczne. Według św. Mateusza Jezus urodził się za panowania króla
Heroda, który według żydowskich historyków zmarł w 4 roku przed nasza
erą. Natomiast wg Ewangelii św. Łukasza Chrystus przyszedł na świat
podczas spisu ludności zarządzonego przez cesarza Oktawiana Augusta za
czasów wielkorządcy syryjskiego Kwiryniusza. A z zapisków historycznych
wynika, iż Kwiryniusz pełnił tę funkcję od 6 do 10 roku n.e., a spis
przeprowadził w 6 lub 7 r.n.e. Komu więc wierzyć? Ks. prof. Rosik w
wywiadzie na łamach „Gazety Wyborczej” skłania się ku relacji Mateusza,
czyli że Jezus Chrystus narodził się w Betlejem za panowania Heroda
Wielkiego i w okresie spisu ludności, ale nie zarządzonego przez
Kwiryniusza, lecz w trakcie rządów Gajusza Sencjusza Saturninusa. A ten
ostatni był namiestnikiem Syrii w latach 8-6 p.n.e.
Można wierzyć lub nie w te i inne rewelacje badaczy historii
chrześcijaństwa, np. że Chrystus nie narodził się wcale zimą, bo
przecież według Biblii pasterze oddający hołd nowo narodzonemu paśli
owce na łąkach. A nawet w Judei grudzień to miesiąc zimowy i owce
pozostają wtedy w zagrodach. Idąc z duchem czasów można też
przewartościować sposób obchodzenie świąt.
Za przykładem ekologów z
klubu Gaja (tego samego, który doprowadził do wyprowadzki niedźwiedzi z
leszczyńskiego zoo) należałoby zrezygnować z tradycji kupowania na
straganach żywego karpia, następnie przetrzymywanego w niehumanitarnych
warunkach w wannach kąpielowych i na koniec zabijanego własnoręcznie w
bestialski sposób przez domowników. Ekolodzy proponują w zamian
kupowanie karpia w lodzie albo nawet zrezygnowania z konsumpcji ryb i
urządzania jarskich wigilii. Silne jest też lobby zachęcające do
rezygnacji z kupowania żywych choinek i zastąpienia ich sztucznym
drzewkiem, które można wykorzystać przez wiele lat.
Osobiście podchodzę dość sceptycznie do wszystkich tych
rewizjonistycznych teorii historiozoficznych dotyczących początków
chrześcijaństwa i do propozycji ekologów co do alternatywnego sposobu
urządzania świąt. Na organizowanej w moim domu wigilii tradycyjnie
będzie więc karp, żywa choinka, no i prezenty. Jedynym odstępstwem od
tradycji będzie brak Gwiazdora, czy jak kto woli – św. Mikołaja. Dzieci
już mam dorosłe, więc żadne z nich w Mikołaja nie wierzy. Choć może jego
rózga by się pod ręką przydała…
Dodaj artykuł do: