Przedświąteczne zakupowe szaleństwo wielu opanowało bez reszty. Bakalie
na sernik, napoje, przyprawy czy inne kulinarne dodatki – z
supermarketów wyjeżdżają wózki wypełnione po brzegi. Później, w domu,
okazuje się, że część rzeczy kupiliśmy niepotrzebnie, innych wzięliśmy
tyle, iż wystarczyłoby nie tylko na najbliższe, ale i przyszłoroczne
święta. Dlaczego? Bo właściciele marketów stosują różne chwyty, by
zachęcić nas do lawinowego kupowania. By oprzeć się zakupomanii, warto
poznać marketingowe chwyty.
Nie na głodnego
Gdy idziemy na podręczne zakupy do pobliskiego sklepiku, problemu
praktycznie nie ma. Tu zaopatrujemy się bowiem co najwyżej w kilka
najpotrzebniejszych nam artykułów. Do marketu zaglądamy z myślą o
zrobieniu większych zapasów. Bywa, iż na naszej zakupowej liście mamy
zaledwie kilka pozycji, ale sięgamy po ogromnych rozmiarów wózek. Tym
sposobem już dajemy się złapać...
– W dużych sklepach towarzyszy nam często muzyka oraz zapach wanilii.
Wanilia jest afrodyzjakiem, a jednocześnie sprawia, że rośnie w nas głód
zakupów – mówi Alicja Nowak, główny specjalista ds. obszarów rozwoju
obszarów wiejskich, która podczas forum kobiet zorganizowanego niedawno w
Gołaszynie, pow. rawicki, mówiła o tym, jak rozsądnie kupować w
marketach. – Poza tym często robimy zakupy, gdy jesteśmy głodni.
Tymczasem naukowo zostało udowodnione, że wtedy wkładamy do koszyka
więcej produktów.
„Usidlić” najmłodszych klientów
Dziś często wyprawa do supermarketu jest formą popołudniowej lub
weekendowej rozrywki dla rodziców z dziećmi. Spece od marketingu robią
wszystko, by „usidlić” również najmłodszych klientów. Stąd specjalne
autowózki. Poza tym marketingowcy dbają o to, by produkty dla dzieci
ustawione były na półkach na dogodnej dla nich wysokości. Wtedy wiadomo,
że maluch zabierze interesujący go towar i tak długo będzie „urabiał”
rodziców, by w końcu wylądował w koszyku czy wózku.
– Jeśli więc możemy, nie zabierajmy dzieci na zakupy. Nie traktujmy tego
jako formy spędzania czasu z naszymi pociechami. Zróbmy zakupy
racjonalnie i w jak najkrótszym czasie – radzi Alicja Nowak.
120 – 160 cm
W marketach panuje generalnie zasada, że im dłużej przebywa tam klient,
tym wiecej kupi. Zresztą wielkopowierzchniowe sklepy mają taki układ,
żebyśmy przemierzyli jak najwięcej „alejek”. Regały z
najpotrzebniejszymi produktami, jak chociażby pieczywem, wędlinami,
serami, bardzo często od siebie oddalone. Chodzi bowiem o to, żeby
klient „zahaczył” po drodze o regały z promocjami, zabawkami itp.
– Z tego samego powodu markety często zmieniają układ regałów, by klient
nie przyzwyczaił się do jednej trasy i przypadkiem nie zaczął pomijać
innych półek – przyznaje Alicja Nowak.
Nie bez znaczenia pozostaje również układ towarów na półkach.
Największym zainteresowaniem cieszą się produkty umieszczane na
wysokości 120 – 160 cm, a więc w zasięgu wzroku i ręki kupującego. I to
właśnie te towary – jak zaznacza Alicja Nowak – generują ok. 60 – 70%
obrotów całego marketu. Zazwyczaj są to towary ze średniej półki cenowej
– te najtańsze lokuje się najniżej.
W końcu zwróćmy również uwagę na termin ważności danego produktu.
Pracownicy marketów tak układają towary, by te z krótszym terminem
znalazły się na brzegach półek. Dlatego jeśli nie chcemy od razu
wykorzystywać wszystkich kupionych produktów spożywczych, sięgnijmy
nieco głębiej.
– Udowodnione zostało, że większość naszych zakupów odbywa się na
zasadzie emocji. I właśnie to nas gubi! Wkładamy do wózka wiele
niepotrzebnych w danej chwili rzeczy. W domu zastanawiamy się, dlaczego
to czy tamto kupiliśmy – kończy Alicja Nowak.
Anna Maćkowiak
Supermarkety kierują się zasadami merchandisingu, który oznacza sposoby wpływania na zachowanie klientów poprzez wystrój pomieszczenia oraz sposób prezentacji towaru. Chodzi o to, by zwiększyć sprzedaż, zainteresowanie odbiorców. Merchandising polega na informowaniu w sposób atrakcyjny i przekonujący o istnieniu oraz lokalizacji sklepu, oferowanym asortymencie, nowościach. Specjaliści od marketingu stawiają sobie zróżnicowane cele, w zależności od tego, z jakimi osobami mają do czynienia. Jeśli jest to osoba, która nie miała zamiaru wejść do sklepu, robią wszystko, by ją do tego skłonić. W momencie, gdy weszła po określony produkt, namawiają, by kupiła coś jeszcze. Z kolei stali klienci otaczani są „opieką”, by przypadkiem nie zdecydowali się na robienie zakupów w innym wielkopowierzchniowych sklepie.
Dodaj artykuł do: