
Artysta zwany Piaskiem podczas koncertu w Trapezie wyznał, iż dwóch rzeczy zazdrości „miastu Leszno”: żużlowej drużyny Unii i … Marcina Rozynka.
I ku zaskoczeniu publiki zaprosił na scenę tego znanego leszczyńskiego piosenkarza.
Marcin zaśpiewał jeden z utworów z repertuaru gościa, a ja pomyślałem,
że koleś z Kielc wie, jak przypochlebić się widowni. Bo muzycznie to
nie moje klimaty, ale rodzinie i przyjaciołom się nie odmawia. Wyjście
na koncert Andrzeja Pasiecznego był bowiem muzyczną przystawką do
proszonej kolacji w gronie bliskich.
Generalnie miniony tydzień (liczę go od czwartku do środy, zgodnie z
naszym „panoramowym” hasłem reklamowym:” Tydzień zaczyna się w
czwartek”) upłynął mi muzycznie. Najpierw przyjaciele namówili nas na
wyjazd do Wrocławia, aby obejrzeć koncert legendarnej grupy Electric
Light Orchestra, a potem ulubiona kuzyneczka zaproponowała pójście na
koncert Piaska zakończony kolacją. Sprężyliśmy się z małżonką i byliśmy
obecni na obu muzycznych wydarzeniach.
„Elektryków” z lubością słuchaliśmy w studenckich czasach, dlatego byłem
ciekaw, jak odbiorę ich muzykę po prawie 30 latach przerwy. Nie wiem,
czy to przypadek czy intuicja, ale wspomniana kuzynka niedawno
pożyczyła mi do posłuchania jedną ze starych płyt ELO w odświeżonej
wersji na CD. No i wróciły wspomnienia z wieczorów na „PPR-u” i
„Czerwonej Armii”, tzn. domów przy tych ulicach w Lesznie i Poznaniu,
gdzie z kolegą ze studiów (i nie tylko) słuchaliśmy winylowych płyt i
kaset „Elektryków”.
Charakterystyczny wysoki głos lidera Jeffa Lynne’a oraz symfoniczne
brzmienie grupy rozpoznaję i dziś na kilometr. Niestety, w Hali Stulecia
we Wrocławiu nie było nam dane obejrzeć i usłyszeć ani założyciela
grupy, ani nikogo z trzonu dawnego składu ELO. Po prostu tego zespołu
już nie ma, a to co serwuje się polskiej publiczności, tak naprawdę
nazywa się Former Members ELO, czyli Byli Członkowie ELO. Podejrzewam,
że wielu widzów obecnych na koncercie, tak jak mój przyjaciel
zapraszając mnie na wspólny wypad, nabrało się na ten numer. Zresztą na
biletach kupionych w Empiku także stało jak byk: „Electric Light
Orchestra”.
Ale mimo wszystko koncert nam się podobał, bo zespół, w
którym grają dziś muzycy z różnych składów „Elektyków”, m.in. skrzypek
Mike Kamiński, brzmiał prawie jak oryginał. No może z wyjątkiem partii
wokalnych. Lynne’a po prostu nie da się skopiować.
Na ich tle koncert Piaska w Lesznie nie wypadł wcale gorzej. Wydaje mi
się nawet, iż nagłośnienie i oprawa świetlna były na ciut wyższym
poziomie. No i Andrzej Piaseczny był oryginalny, a nie „piaskopodobny”. Jedyną jego wpadką była słaba znajomość deklinacji, bo nie bardzo
wiedział, jak odmienić nazwę „Leszno”. Na szczęście w sukurs przyszedł
mu dyrektor MOK-u Maciej Mizgalski i potwierdził, że można powiedzieć
„zazdroszczę Lesznu”. A prezydent Tomasz Malepszy wręczył artyście z
Kielc statuetkę szklanego szybowca żeby zapamiętał, że nasze miasto
słynie nie tylko z żużla, lecz także z szybownictwa. I w ogóle, że w
Lesznie można „rozwinąć skrzydła” i „tu chce się żyć”. Czy może ktoś w
to wątpi?
Dodaj artykuł do: