
Trwa dyskusja o warszawskiej zadymie w Święto
Niepodległości. Komentatorzy zachowują się tak, jakby byli nią zaskoczeni, a przecież scenariusz z latającymi kostkami
brukowymi był oczywistą oczywistością. Zaskoczeniem mógł być spokój, a
nie burda.
Stolica zafundowała sobie ustawkę na własne życzenie, więc nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Jestem przekonany, że można było tego uniknąć. Demokracja naprawdę nie ucierpiałaby na tym, gdyby nie było zgody na krzyżowanie marszów. Zasada: w centrum idzie ten, kto pierwszy zgłosi imprezę, a reszta świętuje w innych rejonach miasta lub o innych godzinach. Takie podejście do sprawy na pewno utrudniłoby bezpośrednią konfrontację.
Oczywiście nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że należało zabronić jednej ze stron organizowania imprezy. Jak dla mnie, to pomysł adekwatny do komentarzy w deseń: „gen. Kiszczak wiedziałby, co z tym zrobić”, bo i takie słyszałem…
ONR i Młodzież Wszechpolska to dla mnie organizacje patologiczne, jednak bardzo bliski jest mi cytat z Woltera: „Nie zgadzam się z Twoimi poglądami, ale oddałbym życie za Twoje prawo do ich głoszenia.” I żeby była jasność: gdy mam do wyboru dwie Polski – kolorową lub brunatną, to bez wahania wybieram tę pierwszą, choć nie jestem żadnym lewakiem. Ba, jestem przekonany, że lewica swoją wizją państwa opiekuńczego szkodzi gospodarce i rozleniwia społeczeństwo, ale to już temat na osobny wpis.
Wracając do zamieszek, nie rozumiem tej całej histerii, której ulegają publicyści i politycy. Straty materialne nie są wielkie, a policja dostała dobrą lekcję przed Euro 2012. Do mistrzostw zostało nieco ponad pół roku, więc ma czas, by nauczyć się reagować na akty wandalizmu bez kopania po twarzy przypadkowych przechodniów…. Poza tym, Polska to nie tylko Warszawa. W innych miastach uroczystości przebiegały spokojnie. W skali kraju wydarzenia warszawskie były tylko incydentem, ale media o tym nie mówiły zbyt wiele, bo dobry news, to zły news.
Między innymi dlatego, szybko odpuściłem sobie telewizyjne relacje z zadymy, bo pokazywały to, co chciały widzieć, skupiając się głównie na tym, jakie straty poniosły podczas starć. W wyłączeniu telewizora pomogły mi też te wszystkie perfekcyjnie umalowane lale gadające z prędkością światła, które mówią tylko po to, by coś mówić.
Telewizję zastąpiłem internetem, który pokazał mi dużo szerszy kontekst sprawy. Facebook, Twitter, Blip, fora dyskusyjne i blogosfera dostarczały informacji dużo lepszych niż redakcje, bo często z pierwszej ręki i samego środka imprezy. Śledziłem gorące komentarze i opinie obu stron. A jak już któraś redakcja wymyśliła lub pokazała coś godnego uwagi, to i tak ktoś ze znajomych udostępnił to na swoim profilu, więc niczego nie traciłem z przekazu tzw. mainstreamu.
Jeszcze oszczędniej niż media uczciwością i logiką gospodarowali politycy. Oczywiście palmę pierwszeństwa otrzymuje prezes Kaczyński, który z właściwą sobie emfazą zawyrokował, że to wszystko wina Tuska, który dopuścił do tego, że w dniu święta narodowego Niemcy pobili Polaków. Oczywiście Jarosław Kaczyński nie omieszkał przy okazji wspomnieć o katastrofie smoleńskiej. Nakreślając szerszy kontekst wydarzeń pominął jednak to, że jak nikt inny przysłużył się do podzielenia Polaków i do radykalizacji polskiej prawicy. Za dobrą monetę wziął też doniesienia sprzyjających mu mediów, że to Niemcy robią awanturę, choć fakty były takie, że zanim rozróba się rozkręciła, sąsiedzi zza Odry siedzieli już na komisariatach, a kostki brukowe wyrywali kibole, z którymi całkiem niedawno PiS się bratał, wspierając np. Starucha (Kempa za niego poręczyła, a Romaszewski zrobił z niego idola prawicowej młodzieży). Kaczyński wyznaje zasadę, że każdy wróg naszych wrogów jest naszym przyjacielem, więc nie ma oporów, by popierać nawet nacjonalistów, czy innych mięśniaków, którzy przerabiają trotuary na granulat.
Donald Tusk też rozsądkiem się nie popisał. Zaraz po zadymie, premier obwieścił w mediach, że zalecił „bezwzględne karanie wszelkich naruszeń prawa”. To ciekawa dyspozycja, biorąc pod uwagę, że władza sądownicza jest niezależna od wykonawczej, a minister sprawiedliwości już nie jest prokuratorem generalnym.
Jakby tego było mało, duet premier-prezydent zapowiedział, że wprowadzi w Polsce zakaz zakrywania twarzy na zgromadzeniach, wiecach i demonstracjach. Na nic zdają się opinie ekspertów od prawa, że obecne przepisy są dobre, tylko trzeba je umieć stosować i egzekwować. Platforma grając pod publiczkę chce jednak stworzyć kolejny martwy przepis, a nic tak nie niszczy szacunku dla praworządności, jak ustanawianie niedorzecznego prawa lub zakazów, których nie sposób wyegzekwować.
PRZEMYSŁAW PRUCHNIEWICZ
Więcej tekstów autora na blogu: www.zgredaktor.pl
Dodaj artykuł do: