
Od lat spędzanie wakacji nad polskim morzem było pomysłem dość ryzykownym głównie z uwagi na pogodę. W tym roku postanowiłem zaryzykować i miałem szczęście.
Upały panowały nie mniejsze niż na południu Europy, a w te dni, gdy padało lub było chłodniej, podróżowaliśmy z małżonką po Trójmieście, odwiedzając znane nam miejsca i poznając nowe. Wyszła z tego niezła wycieczka krajoznawczo-turystyczna.
Uświadomiłem sobie np., że pod bramą Stoczni Gdańskiej pojawiłem się dopiero po 30 latach od pamiętnych strajków. A więc dystans czasowy od historycznych wydarzeń był podobny jak podczas moich odwiedzin na Westerplatte w latach 70. XX wieku w ramach szkolnej wycieczki. Jako dzieciakowi wydawało mi się, że II wojna światowa wybuchła bardzo dawno temu, teraz o Sierpniu'80 myślę, jakby działo się to wczoraj. Bazylikę św. Brygidy w Gdańsku odwiedziłem nazajutrz po pogrzebie ks. prałata Henryka Jankowskiego, legendarnego kapelana Solidarności, który w wolnej Polsce nie bardzo umiał się znaleźć i kojarzony był głównie z antysemickich kazań oraz bizantyjskiego stylu życia. Po śmierci znów mówi się o nim dobrze, a przy jego grobie gromadzą się liczne rzesze wiernych i turystów.
Dopiero teraz miałem też okazję obejrzeć od środka nasz słynny żaglowiec "Dar Pomorza", który stoi na nadbrzeżu w Gdyni. Jak się okazuje, statek, który obecnie pełni rolę muzeum, obchodzi w lipcu swoje 80-lecie pod polską banderą. Został zbudowany w 1909 r. w hamburskiej stoczni i pierwotnie nosił nazwę "Prinzess Eitel Friedrich", służąc do szkolenia niemieckich kadetów. Dopiero 21 lat później trafił pod polską banderę, cały czas pełniąc funkcję szkoły pod żaglami. Dziś pozostała mu rola muzeum, lecz nadal jest bardzo chętnie odwiedzany przez szkolne wycieczki i turystów. Frekwencja jest na tyle duża, że wyczytałem w miejscowej prasie, iż zachodzi konieczność wymiany podłogi na żaglowcu. A funduszy na remont na razie brak...
W pogodne dni wylegiwaliśmy się na plaży w Sopocie, ale nie w jego najbardziej znanej i gwarnej części, czyli w okolicy mola, lecz na Kamiennym Potoku. I bardzo sobie ten wybór chwaliliśmy, ponieważ nie było takich tłumów ludzi, a poza tym wokół mieliśmy piękne widoki: z prawej strony widać było molo, z lewej - klif w Orłowie. Samo otoczenie plaży też mogło się podobać. Widać, że poszły na to niemałe pieniądze unijne: turyści znudzeni kąpielami w morzu mają do wyboru trakt spacerowy, ścieżkę rowerową lub specjalną pętlę dla łyżworolkowców.
W centrum Sopotu byliśmy tylko raz i to wystarczyło, by zaliczyć słynne molo i główny deptak miasta, tzw. "monciak". Ten ostatni nie zrobił na mnie wrażenia i uważam, że leszczyński deptak na Słowiańskiej, po niezbędnej modernizacji i np. wydłużeniu go aż do torów kolejowych, prezentowałby się o wiele lepiej. Owszem, nie ma w Lesznie atrakcji w stylu sopockiego "krzywego domku", ale może to i dobrze. Tamtejsi mieszkańcy bardzo narzekają na jego sąsiedztwo, ponieważ funkcjonują tam aż trzy dyskoteki, więc głośno i gwarno jest do białego rana. Niestety, takie są te mniej przyjemne strony wypoczywania w znanym polskim kurorcie.
ROBERT LEWANDOWSKI
Dodaj artykuł do: