
O tym, że muzyka popularna też może być wymagająca z Andrzejem ,,Piaskiem” Piasecznym, przy okazji koncertu w Piaskach, rozmawiała Lila Gabryelów.
Jaka była pana droga na scenę? Czy już jako dziecko pan wykazywał talent, na akademiach pan występował?
Miałem takie szczęście, że trafiłem do zupełnie innej szkoły podstawowej, niż wynikałoby to z rejonizacji. I w tej właśnie szkole zaczął pracować świeżo upieczony nauczyciel wychowania muzycznego. Stworzył chór szkolny, zespół wokalny i zespół muzyki dawnej. Prawdopodobnie dzięki niemu u mnie się zrodziło zainteresowanie śpiewaniem. Kiedy wiele lat później zadałem sobie kluczowe pytanie, kim będę i co chcę robić, pomyślałem właśnie o tym. Jestem magistrem wychowania fizycznego. Wybór tego zawodu był buforem bezpieczeństwa. Nie pracowałem jednak jako nauczyciel wychowania fizycznego, na szczęście dla mnie i dla dzieci, bo nie jestem specjalnie cierpliwym człowiekiem. Kontakt z uczniami miałem tylko podczas praktyk, które byłem zmuszony odbyć jako student pedagogiki.
Bardzo szybko wchłonęła pana scena, czy były po drodze jakieś zawirowania?
To było od razu życie sceniczne. Podlegało ono różnym kolejom losu. To zawód piękny i wynikający u mnie z zamiłowania. Ale tak naprawdę sukces jest wypadkową wielu czynników, wśród których decydującym jest szczęście. To nie jest tylko kwestia umiejętności, warsztatu, nawet talentu i pracowitości.
Zaczynał pan od muzyki rockowej. Dlaczego pan ją zdradził na rzecz popu?
Bo jestem zdrajcą.
A często pan zdradza?
Oczywiście, mówię to z uśmiechem. Tę samą sprawę można oceniać na bardzo wiele sposobów. Czasem porzucenie czegoś, postawienie jakiejś kropki, przejście do czegoś innego jest wyrazem pewnej odwagi, a nie zdrady. Kiedy podejmowałem pierwsze próby – i nawet udane – z zespołem ,,Mafia”, dyskutowaliśmy bardzo wiele na temat kierunków muzycznych. Zespół udało się utrzymać, dopóki umieliśmy zawierać między sobą kompromisy. W pewnym momencie przestaliśmy chcieć je ze sobą zawierać. Trzeba było zdecydować się na samodzielne decyzje, na prawdziwą wierność temu, co się chce robić bardziej.
To efekt dojrzałości, czy może raczej praktycznego podejścia do życia?
Dojrzałość to wielkie słowo. Jestem ostatnim człowiekiem, który powinien mówić o tym. Dojrzałość to studnia życia. Czasem jest to efekt marketingu, jednak prawdziwych nas oceniają ludzie przez twórczość.
Trafił pan do mas. Pewnie w polskim rocku nie byłoby tak łatwo się utrzymać...
Nie do końca się zgadzam z tą trudnością. Najtrudniej jest trwać. Trwać przy tym, co się wybrało. Trwać z sukcesem. Takie przykłady na scenie rockowej mamy, nawet na rynku polskim: Perfekt, Muniek Staszczyk i T.Love czy Kult. Ta droga będzie prosta, która wynika z nas samych. A sztuką jest utrzymać się w jakimś nurcie, w jakiejś górnej granicy chociażby stanów średnich. Nie sądzę, żeby wykonywanie muzyki popularnej było bardzo łatwe. Tym bardziej, że jest ona narażona na dużą chęć płytkiego widzenia jej. Często kojarzymy tak: muzyka popularna to znaczy bardzo łatwa. Ktoś, kto odczyta zdanie z piosenki, wiersza czy może utworu rockowego, może to zdanie zinterpretować na różne sposoby. Nie ma jednowymiarowości ferowania wyroków: to jest złe, a to jest dobre. Uniwersalizm nie ma zastosowania. Gdy napisze się piosenkę, można ją oceniać na wiele sposobów. Bardzo często po napisaniu piosenki spotkałem się z negacją. Jestem człowiekiem, który nie boi się i nie wstydzi się bronić tego, co robi. Jeżeli człowiek przepuszcza coś przez swoje własne grube sito zewnętrzne, to musi być do tego przekonany.
Powiedział pan, że ważne jest, aby się utrzymać. W pana życiu były różne koleje losu i miał pan tak zwane ,,chude lata”. Jak do tego doszło, że były takie chude?
To jest pytanie podobne do pytania o receptę na sukces, której nie ma. Czasem jest tak, że choćbyśmy się poruszali w nurcie popularnym z tą popularnością się mijamy. Jak do tego doszło, nie mam pojęcia. Po prostu zdarzyło się. Nie jestem robotem. Wiadomo, że płodność twórcza i jakość tej twórczości będzie różna w różnych okresach. Czynnikiem bardzo ważnym, momentami decydującym jest szczęście. Żeby dostać się do radia, trzeba przejść przez ocenę ludzi, którzy tę piosenkę do tego radia wpuszczają.
Od czego się zaczęła ta dobra passa, która teraz trwa?
To jest efekt przekonania do własnej twórczości. Kiedy stanąłem na jakimś rozdrożu, postanowiłem mimo wszystko kontynuować to, co właśnie robię. Mogłem założyć warzywniak i sprzedawać owoce. Potem był cały ciąg przypadków i nie-przypadków. Choćby tego, że spotkałem Seweryna Krajewskiego, z którym podjęliśmy współpracę. Trzeba się godzić na porażki i sukcesy, a sił własnych nie marnować na bezsensowne wymachiwanie rękoma.
Dodaj artykuł do: