
Wyglądają bajecznie, choć nazywają się okropnie: IC 1848, M42, NGC 7023... Ale niełatwo je zobaczyć. Musisz najpierw kupić dobry sprzęt, znaleźć odpowiednio ciemne miejsce pod niebem, cierpliwie śledzić ich ruch i zrobić setki zdjęć.
Potem jeszcze tylko kilka godzin spędzić przed komputerem i dopiero będziesz mógł sycić oczy ich pięknem.
A jeśli to wszystko dla ciebie za trudne postaraj się o kalendarz
„Astrofotografia amatorska 2010”. Choć i to może okazać się niełatwe.
–
Raczej już niemożliwe – mówi Michał Kałużny, twórca kalendarza. –
Najlepiej poczekać do przyszłego roku i wcześniej się zapisać.
Dwadzieścia kilka lat temu, gdy był małym chłopcem, pierwszy raz sfotografował niebo i natychmiast zakochał się w gwiazdach – Chyba każdy chłopiec przeżywa fascynacje nocnym niebem. Niektórym przechodzi, innym nie. Jemu
nie przeszło. Można nawet powiedzieć, że te gwiazdy wytyczyły mu życie.
Chcąc robić coraz lepsze zdjęcia nocnego nieba, poznawał tajniki
fotografii. Coraz bardziej sekretne, coraz bardziej wyrafinowane. I tak
został zawodowym fotografikiem z dyplomem ASP i dziś żyje między innymi
z fotografowania. Wprawdzie już innych obiektów, ale z fotografowania
gwiazd nie zrezygnował.
– Właściwie my nie mówimy: „fotografować gwiazdy”. My to nazywamy „naświetlaniem kawałka nieba” – tłumaczy.
My,
czyli ludzie uprawiający astrofotografię. Nie jest ich wielu (to drogie
hobby), choć z każdym rokiem więcej. Pomysł kalendarza z ich zdjęciami
pojawił się 4 lata temu. Idea była prosta: w kalendarzu znajdą się
najlepsze zdjęcia, a sam kalendarz będzie darmowy dla tych, którzy się
pierwsi po niego zgłoszą. Pierwsza edycja licząca 800 egzemplarzy
rozchodziła się przez kilka tygodni. Każda następna była na coraz
lepszym, wyższym edytorsko poziomie. Coraz bardziej oczekiwana i
rozchwytywana. Tegoroczna miała nakład 2250 egzemplarzy i rozeszła się
w trzy dni.
– Zawsze prowadzimy zapisy na stronie astroexpo.pl –
mówi Michał. – Kalendarz cieszy się sporym wzięciem. Musieliśmy w tym
roku wprowadzić reglamentację, bo niektórzy chcieli po kilka sztuk: dla
siebie, dla teściowej, dla kolegów z pracy. Trudno się dziwić. To
bardzo starannie przygotowane wydawnictwo z wyselekcjonowanymi spośród
nadesłanych przez astrofotografów z całego kraju fotografiami. Są
piękne, tajemnicze, niesamowite, nieziemskie.
– Dobra
astrofotografia to mniej kwestia talentu, a bardziej dobrego sprzętu,
znajomości nieba i programów do obróbki zdjęć – tłumaczy Michał
Kałużny. – Mówimy o naświetlaniu nieba, bo aby otrzymać jedno dobre
zdjęcie finalne, trzeba zrobić ich kilkaset. Czasem trwa to kilka
godzin, niekiedy kilkanaście. To nie koniec, bo potem przy komputerze
należy zredukować szumy, nieczystości, by wydobyć prawdziwy obraz
mgławicy czy gwiazdozbioru. I nieważne, skąd robisz zdjęcie. Zdjęcie
Wielkiej Mgławicy Oriona, które znajduje się na stronie grudniowej
kalendarza, zrobiłem w Belęcinie.
Wielka Mgławica Oriona to M42.
Wygląda jak rozżarzone jądro wielkiego wybuchu. Jest daleko, jakieś
1200 lat świetlnych stąd. By zobaczyć taki widok, nie wystarczy
spojrzeć w nocne niebo.
– Ale tak właśnie naprawdę wygląda
wszechświat – zapewnia profesor Edwin Wnuk, prezes Polskiego
Towarzystwa Astronomicznego. – Znam ten kalendarz, zdjęcia są bardzo
dobre. Porównywalne z tymi, które robią duże teleskopy.
– Technika
bardzo się rozwinęła – mówi Michał Kałużny. – Dzięki temu zdjęcia,
które kiedyś potrafiły zrobić tylko wielkie teleskopy, dzisiaj może
wykonać zwykły amator z podwórka. Dzięki technice niebo stało się
bliższe.
Arkadiusz Jakubowski
Dodaj artykuł do: