Z regionu
| Wpadł w furię i zaczął demolować (Gostyń) |
| Tłumy w muzeum (galeria) (Leszno) |
| Oferował 2 tys. zł łapówki (Wschowa) |
| Bez funduszu soleckiego (Góra) |
| Prezydent znów z absolutorium (Leszno) |
| Wyłowiono zwłoki z Obry (Kościan) |
| Estkowskiego też do remontu (wideo) (Leszno) |
| Dzień Strażaka w Kościanie (galeria) (Kościan) |
| O krok od tragedii (Leszno) |
| Czy prezydent otrzyma absolutorium? (Leszno) |
Komentarze
| Toną w odchodach |
| Stosy gołębich odchodów są pod wiaduktem. Najwięcej w miejscu gdzie krzyżują się obie jego nitki. Ptactwo żyje sobie na rurach kanalizacyjnych odbiera... |
| Więcej... |
| Huśtawka w cieniu dębu |
| cytuje : " Właśnie co do dębu- nie wiem czy te wszystkie prace zwiazane z ustawianiem urządzeń nie naruszą systemu korzeniowego? Albo czy konary tego ... |
| Więcej... |
| Tragedia w Kościanie (galeria) |
| A moze by jakies koorepetycje dla nie-rzadu Gaszacy pragnienie by udzielil. Warto by bylo sprobowac,moze nawet UE to sfinansowala choc po czesci.Na zd... |
| Więcej... |
| Nowości serwisu |
|
|
| Historia pewnego kredytu | ||
| 06.04.2009. | ||||||||||||||||||||||
Czy Marietta W. leżąc na porodówce w Zgorzelcu mogła jednocześnie zaciągać kredyt ratalny w Lesznie? A czy człowiek może być w dwóch miejscach naraz?Telefon zadzwonił dwa razy. To była Sandra, żona Marka. Marek to rodzony brat Marietty, Sandra jest więc Marietty bratową. Nie przepadają za sobą, ale teraz akurat Sandra była słodka, jak cukierek. Duża żółta koperta – Marietto kochana – zaszczebiotała Sandra do słuchawki. – Wiesz, przyjdzie do ciebie korespondencja z banku, taka duża, żółta koperta. Nie otwieraj jej, proszę, tylko zaraz odeślij ją do nas. A tak w ogóle to co u ciebie? W porządku? No to cześć! I było po rozmowie. Kopertę przyniósł listonosz dwa dni później. Była naprawdę żółta i gruba. I zaadresowana na Mariettę W. Nie mogła się powstrzymać, otworzyła. Z tych nerwów, to aż jej zaparło dech w piersiach. Jak wół było napisane, że ona, Marietta W. zawarła oto umowę na kredyt ratalny z Kredyt Bankiem i na mocy tejże umowy przez najbliższe dwa lata płacić będzie co miesiąc ratę w wysokości 94 złotych i 9 groszy. Kredyt w wysokości 1800 zł był na meble. Zestaw nazywał się Krzyś II. Teraz to Marietta zadzwoniła do Sandry. Sandra była jeszcze milsza niż za pierwszym razem. – Mówiłam, żebyś nie otwierała – upomniała dobrotliwie Mariettę. – Wiesz, razem z Markiem kupiliśmy na twoje konto meble na raty, ale niczym się nie martw. Kredyt spłacimy, nawet nie będziesz wiedziała kiedy. Odeślij tylko papiery. – Co miałam robić? – Marietta W. rozkłada ręce. – To w końcu bratowa i brat. Powiedziałam: trudno, stało się, niech spłacają. I odesłałam im kopertę. I pewnie sprawy by nie było, gdyby na konto banku regularnie wpływały comiesięczne raty. Ale nie wpływały.
– Sprawdzałam to w banku dla własnego dobra – mówi Marietta i przyznać trzeba, że przeczucie jej nie zawiodło. – Wpłynęły tylko dwie raty: za grudzień i styczeń. Rodziła, więc nie kupowała To był czas, gdy bardzo często dzwoniła do bratowej. Gdyby ktoś zobaczył billingi pomyślałby, że bardzo się lubią. Zmieniłby zdanie, gdyby te rozmowy usłyszał. Obie za każdym razem mówiły mniej więcej to samo. Marietta pytała, dlaczego nie płacą, Sandra odpowiadała, że przecież płacą i nie wie, dlaczego te pieniądze nie wpływają na konto. Marietta przestraszyła się nie na żarty, gdy w banku powiedzieli jej, że dług przejęła wyspecjalizowana firma windykacyjna. W każdej chwili spodziewała się nieprzyjemnej wizyty, a ona ma przecież małe dziecko. Na domiar złego Sandra przestała od niej odbierać telefony. To co miała robić? Poszła z tym na policję. Miała niepodważalne alibi: wypis ze szpitala. Jasno z niego wynikało, że w dniu, kiedy rzekomo podpisywała umowę na zakup ratalny zestawu Krzyś II, była w szpitalu w Zgorzelcu, gdzie rodziła swego ślicznego synka. Policja sprawą się oczywiście zainteresowała. Zaczęła od sprawdzania dokumentów. A według nich sprawa była jasna. Otóż 25 września do sklepu meblowego przyszła pani Marietta W., gdzie kupiła na raty meble w cenie 1800 zł za komplet. W celu uzyskania kredytu ratalnego przedstawiła dowód osobisty oraz zaświadczenie o zatrudnieniu w firmie pana Marka, czyli swego brata. I na tej podstawie otrzymała kredyt. Tyle wynikało z dokumentów w firmie zajmującej się pośrednictwem w sprzedaży ratalnej. Był tylko jeden mały szkopuł. Marietta W. twierdziła uparcie, że jej podpis na umowie nie jest wcale jej podpisem. Po pierwsze ona tak nie zakręca ogonka przy „a”, po drugie akurat w tym dniu była w szpitalu w Zgorzelcu, gdzie rodziła swego ukochanego synka. Policjanci nie w ciemię bici, oddali umowę grafologowi do ekspertyzy, a nim nadeszły jej wyniki, przesłuchali bratową Marietty Sandrę C. Sandra, jak wynika z akt całej sprawy przedstawiła dwie wersje wydarzeń. Dwie wersje bratowej Według pierwszej wersji Sandry C. Marietta (a właściwie „pani Marietta” bo tak właśnie w swych zeznaniach mówiła o swojej szwagierce) kłamie jak z nut. Tak naprawdę to Marietta przyjechała we wrześniu do nich do Leszna i uparła się, że kupi im zaległy prezent weselny. Zaproponowała meble. Oni nie chcieli, bo przecież dobrze wiedzą, że u Marietty z pieniędzmi krucho, że żyje z alimentów i pomocy społecznej. Ale ona się uparła. Pojechali więc do sklepu i wybrali najtańszy zestaw Krzyś II, który pani Marietta miała spłacać w ratach. Ale pani Marietta, opowiadała policjantom Sandra C., rat nie spłacała. Wtedy oni, to znaczy Sandra i Marek postanowili jej pomóc. Najpierw dali pani Marietcie dwa tysiące złotych do ręki na spłatę kredytu, ale pani Marietta wcale go nie spłaciła. Potem jeszcze zapłacili windykatorowi, który jakimś cudem zapukał do ich drzwi dwie raty po 70 zł, następnie jeszcze 700 zł i na sam koniec jeszcze 1500 zł. Tak naprawdę więc to Sandra spłaciła sama ten kredyt i to dwa razy. Pokwitowań wprawdzie nie ma, ale za to powiedziała Marietcie W. otwarcie przy swoim mężu, mamie i bracie (mogą zaświadczyć), że jak im nie odda tych pieniędzy, to się spotkają w sądzie. Marek podczas zeznań na policji w pełni potwierdził pierwszą wersję żony. Pewnie jeszcze wtedy nie wiedział, że będzie druga. A druga wersja Sandry C. powstała po tym, jak nadeszła opinia od grafologa. Grafolog orzekł bez cienia wątpliwości, że podpis na umowie zawartej rzekomo przez Mariettę W. postawił nie kto inny, jak Sandra C. – Ja już sobie przypomniałam, jak było naprawdę – zeznała podczas kolejnego przesłuchania na komendzie Sandra C. – Pani Marietta przyjechała do Leszna i chciała nam kupić prezent ślubny. Poszliśmy do sklepu i wybraliśmy najtańsze meble. Kiedy sprzedawca przedstawił nam umowę kredytową, pani Marietta kazała mi ją podpisać, chociaż umowa była na nią. I ja podpisałam. Nie wiem, co mną wtedy kierowało, wiedziałam, że robię źle. Jak umowa przyszła do niej to zadzwoniła, że mamy jej dać pieniądze. Dla spokoju spłaciliśmy 750 zł przelewem z konta kuzyna, wcześniej daliśmy 200 zł przedstawicielowi banku, potem mąż zawiózł pani Marietcie 2000 zł, a na końcu jeszcze spłaciliśmy 1500 zł – zeznała, by ostatecznie wyrzucić z siebie: – Chcę dobrowolnie poddać się karze. Sąd Rejonowy w Lesznie, przed którym stanęła oskarżona o sfałszowanie umowy kredytowej Sandra C. nie wnikał, która jej wersja jest prawdziwa i czy w ogóle któraś jest. Nie pytał, dlaczego dorosła kobieta podpisuje za inną kobietę umowę, a potem płaci za meble warte 1800 zł prawie 4500 zł. Sąd o to nie pytał, bo nie musiał. Wymierzył za to Sandrze C. karę 1 roku i 4 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 4 lata i 800 zł grzywny. Wyrok nie jest prawomocny.(aj)
Napisz komentarz
|
||||||||||||||||||||||
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|



Czy Marietta W. leżąc na porodówce w Zgorzelcu mogła jednocześnie zaciągać kredyt ratalny w Lesznie? A czy człowiek może być w dwóch miejscach naraz?











